O autorze
Twórca inicjatywy promującej stolicę "Okno na Warszawę", fotograf i fotobloger warszawski, założyciel Warsaw Slow Design, z wykształcenia dziennikarz i filozof, z zawodu dyrektor artystyczny w wydawnictwie Semper, współtwórca serwisu fotoedytorów prasowych "fotoedytorzy.pl". Uzależniony od Warszawy.

O kapliczce, która wygrała z reklamą

Medalion - jedyny ozdobny detal kamienicy przy Wolskiej 67
Medalion - jedyny ozdobny detal kamienicy przy Wolskiej 67 fot. Jarek Zuzga
Luty 2014 roku. Kolejna wielkoformatowa reklama zasłoniła kamienicę w Warszawie. Żadna to nowość. Przyzwyczailiśmy się - plandeki reklamowe wiszą wszędzie, a skoro w tym wypadku kamienica nie była nawet zamieszkana, to po co w ogóle się tym przejmować. Był co prawda mały szczegół: pod reklamą znikła niewielka, przedwojenna kapliczka. Ale to też w sumie nic takiego - kapliczek w Warszawie mnóstwo. Co tam jedna zasłonięta. Nie warto walczyć z wiatrakami o jakiś tam jeden obrazek na zniszczonej kamienicy.

Stało się inaczej. Może przelała fala goryczy, może ta reklama była przysłowiowym gwoździem do trumny, albo mówiąc bardziej współcześnie - wyczerpała się cierpliwość - grunt, że wraz z przyjaciółmi z Okna na Warszawę postanowiliśmy sprawę tę nagłośnić. Ale nawet wtedy nie spodziewaliśmy się, że osiągniemy to, co się ostatecznie udało. To nasz komentarz w tej sprawie.



Naoczny świadek
Dom przy Wolskiej 67 to przedwojenna kamienica, która jakimś cudem przetrwała wojenną zawieruchę. Widać ją na zdjęciach z czasów okupacji, jak na jej tle maszerują niemieckie oddziały. Była naocznym świadkiem tzw. “rzezi Woli”, czyli dramatycznych wydarzeń z pierwszych dni powstania, gdy na Woli wymordowano kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców.

Kamienica była częścią południowej pierzei ul. Wolskiej, na którą składały się i domy mieszkalne, i zakłady przemysłowe, których na Woli było przed wojną mnóstwo. Większość z nich uległo zniszczeniu w czasie powstania, a te które przetrwały zostały rozebrane w późniejszych latach. W rezultacie ze starej zabudowy, na odcinku od ul. Bema do ul. Skierniewickiej zostały tylko dwa domy - Wolska 67 i nieco dalej numer 89.

Cenny detal
Kamienica pod 67 numerem może i nie jest specjalnie urokliwa (i nigdy nie była) ale pamiętajmy, że mowa o robotniczej Woli, gdzie budowano domy przede wszystkim proste i funkcjonalne. Jest za to dobrze zaprojektowana, ma idealne proporcje, duże, jasne okna i wygodne lokale usługowe z witrynami na parterze. Jedynym elementem dekoracyjnym jest kapliczka, umieszczona na zachodnim skraju frontowej elewacji.
Kapliczka ta jest ciekawa. Mimo upływu czasu wciąż widać, jak intensywne były pierwotnie jej kolory. Postacie Matki Boskiej i Jezusa mają ciemny kolor skóry. Wkomponowana jest w kształt medalionu, otoczonego wiankiem z blaszanych liści, pomiędzy którymi umieszczono żaróweczki. Nie wiem kiedy zgasła ostatnia z nich, bo nie pamiętam w ogóle, żeby świeciły.

Kapliczka pojawia się w powstańczych wspomnieniach - ludność prowadzona pod eskortą Niemców w drodze do kościoła św. Wojciecha miała się tu zatrzymywać i modlić się o łaskę - wiadomo było, że część z nich prowadzona jest od razu na śmierć, a część, poprzez punkt selekcyjny przy wspomnianym kościele - do obozów pracy lub po prostu na wygnanie.

Kamienica-pomnik
Nic dziwnego, że dla wielu osób dom przy Wolskiej 67 jest symboliczny. Szperając w internecie można znaleźć sporo wątków, które świadczą, że dom wzbudza emocje, a ludzie interesują się jego historią. Gdy kilka lat temu kamienica została wysiedlona (z uwagi na zły stan techniczny), zaczęły pojawiać się pytania o jej przyszłość. Pojawiały się różne informacje - że dom będzie rozebrany, ale też że są do niego roszczenia.
Tymczasem kamienica sobie stała, budząc zainteresowanie fotografów, którzy chętnie uwieczniali kapliczkę, resztki peerelowskiego muralu reklamującego bodajże PKO (wschodnia ściana szczytowa), oraz powstały w 2012 roku na zachodniej elewacji mural autorstwa GoodLooking Studio, przedstawiający wielkiego krokodyla.

Przerwana ciągłość pamięci
Pod koniec lutego na kamienicy pojawił się metalowy stelaż. Przez chwilę myślałem, że może jednak remont, ale gdy domontowano halogeny, już było wiadomo - kamienica stanie się reklamowym wieszakiem.

I faktycznie - wkrótce cały front kamienicy przykryła wielkoformatowa reklama. Zginęła pod nią medalionowa kapliczka. Mi osobiście zrobiło się żal, że nikt z tych ludzi, którzy instalowali reklamę, zatwierdzali jej projekt, wreszcie - wyrazili zgodę na zasłonięcie kamienicy reklamą - nie zwrócił na kapliczkę uwagi. Szkoda mi było, bo kamienica pomimo wojny i lat zaniedbań zawsze tam stała i świadczyła o wolskiej przeszłości. Można powiedzieć - stała na przekór.
A reklama zasłoniła ją całkowicie. Znikła, w dodatku jakby podwójnie: dosłownie - bo za plastikową plandeką, i pośrednio - bo większość z nas już odruchowo odwraca głowę widząc kolejny wielki format reklamowy, który branża lubi nazywać “najazdowym”.
Kierując się tzw. odruchem serca napisałem do firmy, której reklama znajdowała się na plandece - był to ekskluzywny sklep ze Śródmieścia. Zapytałem, czy to przyzwoite tak zasłaniać kapliczkę bez żadnych konsultacji z mieszkańcami Woli, dla których i dom, i medalion mogą mieć znaczenie. Dostałem odpowiedź, że pieniądze z tej reklamy są przeznaczone na remont kamienicy. Pięknie, ale akurat skądinąd wiem, że od jakiegoś czasu jest już zapis o wpisaniu kamienicy na listę rozbiórkową (dokumenty takie można znaleźć w internecie), więc o jakim remoncie mowa? Firma odpisuje, że zdobędzie pismo potwierdzające ich słowa, i mi wyśle. Nie wysłała go do dziś, ale ich reklama znika. Wkrótce pojawia się kolejny reklamodawca - centrum handlowe Wola Park.

Szalona próba
Pomyśleliśmy wtedy, że jedynym narzędziem, za pomocą którego można coś jeszcze próbować zrobić, to internet. Ze świadomością stania z góry na przegranej pozycji narysowaliśmy prostą infografikę, pokazującą o co chodzi. Zapytaliśmy naszych czytelników, czy warto walczyć. Nawet nie o dom, czy kapliczkę - ale o zasady. O to, że nie wolno tak bezmyślnie zasłaniać wszystkiego reklamami. Że warto najpierw przyjrzeć się, czy czasem nie robimy komuś zwykłej przykrości, czy kogoś w ten sposób nie urazimy. Czy nie zasłaniamy jakiejś pamiątki przeszłości. Bo inaczej reklama robi się nieludzka nie tylko w zakresie fizycznym (jest olbrzymia i przytłaczająca), ale też w sensie ludzkim, osobistym. O to wreszcie, żeby pr-owcy agencji reklamowych popatrzyli na problem trochę szerzej, niż w kategoriach ceny za metr kwadratowy reklamy. Pobożne życzenia?

Okazuje się, że w zdecydowanej większości czytelnicy są nam przychylni. Popierają. Choć sporo głosów sprowadza nas na ziemię - że nie warto, że za duża kasa za tym stoi, że oczywiście cel piękny, ale utopijny, że szkoda energii, że to nie relealne. Nasz facebookowy wpis robi jednak karierę - błyskawicznie udostępniany jest przez różne osoby i instytucje. Robi się mały szum, więc idziemy za ciosem. Piszemy do Wola Parku. Odpowiedzi nie dostajemy, ale za jakiś czas Wola Park odpisuje w komentarzu, że reklama wisi legalnie (choć tego nigdy nie negowaliśmy), i że zrobią co się da, żeby odsłonić kapliczkę. Pytamy, kto jest właścicielem nośnika reklamowego - chcieliśmy zwrócić się do niego bezpośrednio. Ale tego nie chcą nam zdradzić. Ktoś nam podpowiada, że to zapewne Braughman Group Media, agencja, która zarządza większością wielkoformatowych reklam w Warszawie. Piszemy do nich z pytaniem, żeby się upewnić. Dział PR, do którego wysyłamy wiadomość, nie odpowiada. Na Facebooku znowu pojawia się wpis od Wola Parku, że pieniądze z tejże reklamy idą na remont kamienicy. Powtarzamy więc to, co wiemy o planowanej rozbiórce. Po jakimś czasie okazuje się, że chodzi o remont, ale innej kamienicy. Której? Którejś konkretnie, czy tak w ogóle? Nie dowiadujemy się.

Zaskoczenie
Tymczasem WolaPark dotrzymuje słowa! W plandece reklamowej wycięto okrągły otwór, dokładnie na wysokości kapliczki. Wracając z pracy ul. Wolską omal nie powoduję wypadku, gdy zauważam to w ostatniej chwili i hamuję na poboczu. Kapliczka odsłonięta! Niesamowite! W dodatku, gdy udaję się tam z aparatem, widzę grupkę osób, które tak samo jak ja wpatrują się w medalion i robią zdjęcia. Rozmawiają, gestykulują. Ktoś coś mówi o historii domu. O fryzjerze, który działał na parterze. Praktycznie każda osoba przechodząca obok przygląda się z zainteresowaniem. Przystają i zadzierają głowę. W internecie też głośno. Koś już to widział, ktoś sfotografował, ktoś opisał, ludzie nam gratulują. Pojawiają się pozytywne komentarze o Wola Parku - że potrafili się zachować, że to bardzo ładnie z ich strony.

Kapliczka w wyciętym otworze wygląda co prawda nieco kuriozalnie, ale przyznać trzeba, że wzbudza zainteresowanie. Przyciąga wzrok. Niektórzy nam piszą, że przechodzili tamtędy wiele razy, ale dopiero teraz ją zauważyli i docenili. Dowiadujemy się, że w wypadku rozbiórki domu kapliczką zaopiekuje się ksiądz z sąsiedniej parafii. Przynajmniej ona ocaleje.
Kilka dni później pojawia się ekipa montażowa i przesuwa cały stelaż reklamy tak, żeby odsłonić pas elewacji nad medalionem. Reklamy nadal wiszą jak wisiały, ale kapliczka też jest widoczna. Nasze małe zwycięstwo. O akcji piszą media, m.in. portal gazeta.pl i Onet - cieszymy się, bo może będzie to przykład dla innych.

Po co to wszystko?
Były takie komentarze, że po co ratować kolejne miejsce kultu religijnego, przecież takich w Warszawie jest mnóstwo. A jak ktoś chce się modlić, to ma gdzie. Ale nie o to nam chodziło. Sprawy wiary to prywatna sfera, nic nam do niej. Chodziło o pokazanie, że istnieją inne wartości, niż materialne, np. poszanowanie historii, kultury, ludzkiej wrażliwości, docenianie skromnych, ale cennych detali architektonicznych. Że mogą one wzajemnie obok siebie funkcjonować - i powinny, zwłaszcza w takim mieście, jakim jest Warszawa. I jeszcze - co może najważniejsze - że warto próbować, nawet jeśli z pozoru nie ma się żadnych szans na zwycięstwo.

PS. kilka dni temu cały fragment odsłoniętego muru zostaje prowizorycznie odnowiony szarą farbą. Marzy nam się, żeby ponownie oświetlić medalion - w reklamowym stelażu jest zainstalowany prąd.
Trwa ładowanie komentarzy...